Politura szelakowa z tamponu

Politurowanie bezwzględnie obnaży wszystkie błędy popełnione wcześniej, ujawni się wszystko, czego wcześniej nie było widać: niedopasowane kolory uzupełnień, źle wyprowadzone powierzchnie, jakieś rysy wcześniej niewidoczne, albo okaże się, że ogólnie kolor mebla jest do niczego. To jest rzeczywiście test prawdy o całej pracy, jaka została wykonana. Niektórzy radzą sobie z większością tych problemów w bardzo prosty sposób – zabarwiają politurę możliwie najciemniejszym barwnikiem i w ten sposób maskują większość błędów wykonawczych. Technikę tę widuję w użyciu tak przez współczesnych konserwatorów jak i tych sprzed wielu lat. W okresie międzywojennym i tuż po II wojnie powszechnie była stosowana do odnawiania mebli politura o buraczkowym zabarwieniu, nawet na meblach orzechowych, czy też jesionowych. Taka technika zupełnie mnie nie interesuje. Wykończenie nie może ukrywać rysunku drewna, wręcz przeciwnie, powinno go ujawniać, uwypuklać i w jak najlepszym świetle pokazać. I właściwie te powody są jedynymi argumentami na rzecz wykańczania w technice politurowania. Nie ma żadnych innych. I ponieważ nie ma innej techniki wykończenia drewna, która dałaby efekt porównywalny z efektem dobrze położonej politury to jest ona tak popularna od ponad 200 lat pomimo trudności wykonania i dosyć kapryśnego zachowywania się już w trakcie użytkowania politurowanego obiektu.

Wbrew pozorom cała skrzynia zegarowa jest wykonana z jednolitego mahoniu. W trakcie jakiegoś remontu większość powierzchni została pokryta zabarwioną politurą.

Obserwując efekty własnego politurowania, a także prace innych, w tym zachowane dawne powierzchnie, doszedłem do przekonania, że dobre wykończenie za pomocą politury powinno dawać wrażenie, że jest ono wewnątrz drewna, a nie, że jest dodatkową warstwą wykończeniową na powierzchni drewna. Prawie każde drewno, jeżeli je bardzo dobrze spolerować daje wrażenie, że zastosowano jakiś środek wykończeniowy, oczywiście w większości przypadków efekt ten jest mało trwały, no, poza przykładowo hebanem, czy bukszpanem. Politura umożliwia uzyskanie jakby trwałego efektu spolerowania. Jest to możliwe dzięki dwóm właściwościom tego środka. Po pierwsze, ma niezwykłe właściwości penetrujące, dzięki czemu wnika w drewno, jego strukturę i matową, porowatą powierzchnię zmienia w jednorodny monolit. Po drugie, daje się spolerować, co umożliwia uzyskanie nawet bardzo połyskliwej powierzchni. Te dwie właściwości są dla mnie wskaźnikiem dla całego procesu nakładania politury. A teraz po kolei, co i jak robię.

‍Przygotowanie ‍politury

‍Używam ‍dobrego ‍szelaku ‍i ‍dobrego ‍spirytusu. ‍Właściwie ‍nie ‍powinienem ‍pisać ‍“spirytusu”, ‍bowiem ‍stosowana ‍obecnie ‍nazwa ‍handlowa ‍to ‍“rozpuszczalnik ‍do ‍szelaku”. ‍Ciecz ‍ta ‍różni ‍się, ‍między ‍innymi, ‍od ‍spirytusu ‍w ‍sklepach ‍monopolowych ‍tym, ‍że ‍zawiera ‍bardzo ‍mało ‍wody ‍(poniżej ‍jednego ‍procenta) ‍i ‍właśnie ‍taki ‍spirytus ‍jest ‍właściwy ‍do ‍rozpuszczania ‍szelaku. ‍Pozwala ‍sprawnie ‍pracować, ‍ale ‍też, ‍co ‍ważniejsze ‍może, ‍zabezpiecza ‍przed ‍powstawaniem ‍białych ‍plam ‍na ‍politurze. ‍Wiem ‍coś ‍o ‍problemach ‍ze ‍spirytusem ‍z ‍dużą ‍zawartością ‍wody. ‍Przed ‍laty, ‍gdy ‍dostępny ‍był ‍tylko ‍denaturat ‍wykonywanie ‍politury ‍było ‍prawdziwą ‍mordęgą. ‍Dodatkowym ‍zajęciem ‍było ‍odbarwianie ‍denaturatu. ‍Teraz ‍można ‍kupić ‍spirytus ‍bezwodny ‍i ‍jest ‍to ‍ogromna ‍różnica. ‍Nie ‍ma ‍sensu ‍zaoszczędzić ‍niewiele ‍i ‍kupić ‍denaturat ‍(teraz ‍sprzedają ‍wersję ‍bezbarwną) ‍i ‍męczyć ‍się. ‍Ale ‍nawet ‍najlepszy ‍spirytus ‍ma ‍tę ‍właściwość, ‍że ‍absorbuje ‍wodę ‍z ‍powietrza ‍i ‍uwadnia ‍się. ‍Wskazówki ‍są ‍zatem ‍proste: ‍zakręcać ‍dobrze ‍pojemniki ‍tak ‍ze ‍spirytusem ‍jak ‍i ‍przygotowanym ‍roztworem ‍szelaku, ‍a ‍także  nie ‍przetrzymywać ‍zbyt ‍długo ‍przygotowanej ‍politury. ‍Politurę ‍starszą ‍niż ‍dwa ‍miesiące ‍używam ‍tylko ‍do ‍celów ‍technicznych ‍(zabezpieczanie ‍drewnianych ‍części ‍narzędzi ‍czy ‍też ‍półek ‍i ‍temu ‍podobnych ‍mało ‍ważnych ‍elementów ‍mebli).

‍Podobnie ‍jak ‍ze ‍spirytusem ‍nie ‍ma ‍także ‍teraz ‍problemów ‍z ‍kupnem ‍dobrego ‍szelaku, ‍dostępnych ‍jest ‍kilka ‍kolorów/rodzai ‍i ‍wersje ‍odwoskowione. ‍Właściwie ‍to ‍wolę ‍szelaki ‍bez ‍odwoskowienia, ‍są ‍łatwiejsze ‍w ‍użyciu ‍przez ‍to, ‍że ‍naturalnie ‍zawarty ‍wosk ‍daje ‍pewien ‍poślizg ‍w ‍trakcie ‍politurowania. ‍Mam ‍jednak ‍wrażenie, ‍że ‍taki ‍szelak ‍daje ‍nieco ‍mętnawe ‍wykończenie.

‍Zwykle ‍przygotowuję ‍niewielkie ‍ilości ‍roztworu ‍szelaku. ‍Szelaki, ‍które ‍kupuję ‍od ‍kilku ‍lat ‍(jest ‍2019) ‍rozpuszczają ‍się ‍dobrze ‍i ‍szybko, ‍kilka ‍godzin. ‍Kiedyś ‍rozpuszczały ‍się ‍gorzej ‍i ‍sposobem ‍na ‍to ‍było ‍podgrzewanie ‍pojemnika ‍w ‍kąpieli ‍wodnej. ‍Proporcja ‍szelaku ‍do ‍spirytusu ‍na ‍tym ‍etapie ‍jest ‍dla ‍mnie ‍bez ‍większego ‍znaczenia. ‍Wsypuję ‍szelak ‍do ‍pojemnika ‍i ‍zalewam ‍taką ‍ilością ‍spirytusu ‍by ‍nad ‍płatkami ‍szelakowymi ‍był ‍jakiś ‍centymetr ‍płynu. ‍Finalne ‍stężenie ‍robocze ‍uzyskuję ‍dodając ‍spirytusu ‍w ‍czasie ‍pracy. ‍Zwykle ‍używam ‍niskich ‍stężeń ‍i ‍ustalam ‍je ‍obserwując ‍zachowanie ‍roztworu. ‍Zwykle ‍opisuję ‍pojemnik ‍datą.

Impregnowanie/gruntowanie

Zatem, mam roztwór szelaku i oczyszczony, gotowy do politurowania obiekt. Na tym etapie z tym “oczyszczeniem” to nie ma co przesadzać. Nie ma konieczności usunięcia każdego pyłka. Zwracam na to uwagę, ponieważ kwestia czystości/bezpyłowości jest ważna w późniejszych etapach politurowania.

Pierwszy etap polega na zaimpregnowaniu powierzchni i wypełnieniu porów. Najbardziej pracochłonne jest wypełnienie porów, a najczęściej się z tym spotykam. Ulubione drewna używane w dawnym meblarstwie, orzech i mahoń czy też jesion, mają mnóstwo porów i by powierzchnia wyglądała należycie muszą być one wypełnione. Pierwszą warstwę politury nakładam pędzlem. Przygotowany roztwór szelaku zwykle rozrzedzam do takiego stężenia, które pozwala na łatwe nakładanie pędzlem. Łatwe nakładanie oznacza, że roztwór szelaku jest tak rzadki, że jego rozprowadzanie jest porównywalne do rozprowadzania wody: pędzel daje się prowadzić łatwo, bez oporów, a roztwór szelaku natychmiast wnika w drewno. Stąd też stężenie roztworu zależy od chłonności drewna, im chłonniejsze tym większe stężenie może być użyte. Wynika to z tego, że prowadząc pędzel unikam sytuacji, w której pędzel przyklejałby się do nałożonej przed chwilą warstwy. I nie chodzi tu o kolejne warstwy tylko o te, które bezpośrednio sąsiadują z właśnie nakładaną, a o które muszę zaczepić. Gdybym zaczepił powstawałyby nawarstwienia powierzchniowe, a tu przecież chodzi o to by szelak wnikał w drewno, jego przestrzenie między włóknami i pory. Bardzo jest w tym pomocny dobry spirytus. Im ma mniej wody, tym lepiej penetruje i tym szybciej odparowuje, w efekcie powierzchnia jest praktycznie natychmiast sucha. Ważną rolę odgrywa także pędzel, używam miękkich pędzli, najlepiej sprawdziły mi się pędzle z kozy (ale nie te najbardziej miękkie) i ucha krowiego. Prowadzenie pędzla polega na umożliwieniu roztworowi spływania na powierzchnię drewna z pędzla, żadnego naciskania, tapowania i innych forsownych technik, po prostu swobodne spływanie. Na pędzel nabieram tyle, by nie kapało z niego, zanurzam go najwyżej na pięć milimetrów, roztwór natychmiast wypełnia objętość pędzla. 

‍Niejako ‍ubocznym ‍efektem ‍przeprowadzonego ‍impregnowania ‍jest ‍ujawnienie ‍się ‍kilku ‍możliwych ‍defektów ‍powierzchni: ‍niepożądane ‍różnice ‍kolorystyczne ‍między ‍uzupełnieniami ‍i ‍oryginałem, ‍ale ‍także ‍między ‍oryginalnymi ‍elementami, ‍które ‍były ‍dobarwiane ‍przez ‍wykonawcę, ‍rysy ‍powierzchni ‍czy ‍też ‍wgniecenia, ‍drobne ‍ubytki, ‍które ‍wcześniej ‍nie ‍rzucały ‍się ‍w ‍oczy. ‍To ‍jest ‍właściwy ‍moment ‍by ‍zająć ‍się ‍tymi ‍defektami. ‍Różnice ‍kolorystyczne ‍są ‍jednymi ‍z ‍najtrudniejszych ‍do ‍korekcji. ‍Do ‍wyboru ‍są ‍bejce ‍wodne ‍bądź ‍spirytusowe. ‍Bejca ‍spirytusowa ‍ma ‍stosunkowo ‍słabe ‍zastosowanie. ‍Bejca/barwnik ‍spirytusowy ‍zostanie ‍usunięta ‍w ‍dalszym ‍politurowaniu ‍ze ‍względu ‍na ‍wspólny ‍rozpuszczalnik. ‍Bejca ‍wodna ‍jest  zwykle ‍dobrym ‍rozwiązaniem.

‍By ‍użyć ‍bejcy ‍wodnej ‍trzeba ‍oczywiście ‍usunąć ‍nałożony ‍już ‍szelak, ‍brzmi ‍to ‍zniechęcająco, ‍ale ‍często ‍jest ‍to ‍jedyny ‍sposób. ‍Przykładowo, ‍pracując ‍nad ‍mahoniowym ‍karciakiem ‍zauważyłem, ‍że ‍moja ‍wstawka ‍okazała ‍się ‍zbyt ‍jasna ‍w ‍stosunku ‍do ‍oryginalnego ‍forniru. ‍

‍Usunąłem ‍więc ‍delikatnie, ‍za ‍pomocą ‍cykliny/nożyka, ‍nałożoną ‍politurę ‍i ‍dobarwiłem ‍wstawkę ‍wodną ‍bejcą ‍torfową, ‍która ‍daje ‍wspaniały ‍brązowy ‍ton. ‍Takie ‍korygowane ‍miejsce ‍pokrywam ‍następnie ‍roztworem ‍szelaku. ‍Tak ‍przy ‍okazji, ‍gdybym ‍użył ‍bejcy ‍spirytusowej ‍procedura ‍wyglądałaby ‍analogicznie, ‍bowiem ‍nic ‍nie ‍dałoby ‍położenie ‍bejcy ‍na ‍zagruntowaną ‍powierzchnię, ‍zabiegi, ‍które ‍będą ‍następnie ‍przeprowadzane ‍i ‍tak ‍by ‍ją ‍natychmiast ‍usunęły. ‍Bardzo ‍wąskie ‍rysy, ‍jakby ‍zrobione ‍nożem ‍(a ‍czasami ‍wręcz ‍właśnie ‍takie) ‍pozostawiam, ‍zostaną ‍one ‍zapełnione ‍wraz ‍z ‍porami ‍(pory ‍oczywiście ‍są ‍ciągle ‍otwarte!). ‍Większe ‍rysy ‍i ‍drobniutkie ‍ubytki ‍(większe ‍zostały ‍uzupełnione ‍drewnem) ‍uzupełniam ‍za ‍pomocą ‍szpachlówki ‍albo ‍szelaku. ‍Właściwie ‍to ‍wolę ‍szpachlówkę, ‍moją ‍ulubioną ‍jest ‍wodnorozpuszczalna ‍Tikkurila ‍Spakkeli. ‍Szelak ‍barwiony ‍ma ‍tę ‍wadę, ‍że ‍w ‍trakcie ‍dalszej ‍pracy ‍ulega ‍rozpuszczaniu ‍i ‍bardzo ‍trudno ‍jest ‍mi ‍utrzymać ‍płaszczyznę, ‍w ‍wyniku ‍rozpuszczania ‍następuje ‍wklęśnięcie. ‍Stąd ‍szelak ‍jest ‍ewentualnie ‍dla ‍mnie ‍jedynie ‍ratunkiem ‍na ‍samym ‍końcu ‍politurowania. ‍A ‍może ‍się ‍taka ‍potrzeba ‍pojawić, ‍ponieważ ‍w ‍trakcie ‍pracy, ‍także ‍na ‍tym ‍etapie, ‍nie ‍dążę ‍do ‍obsesyjnego ‍uzupełnienia ‍czy ‍też ‍zamaskowania ‍wszystkich ‍defektów ‍powierzchni, ‍na ‍każdym ‍etapie ‍rozważam, ‍co ‍korygować, ‍a ‍co ‍zostawić.

‍Pędzel ‍zasadniczo ‍prowadzę ‍ukośnie ‍w ‍stosunku ‍do ‍kierunku ‍włókien ‍drewna, ‍myślę, ‍że ‍ułatwia ‍to ‍wnikanie ‍w ‍pory. ‍Ważne ‍jest ‍prowadzenie ‍pędzla ‍przy ‍krawędzi, ‍zależy ‍mi ‍na ‍unikaniu ‍zacieków ‍i ‍zgrubień. ‍Co ‍prawda, ‍nie ‍ma ‍to ‍większego ‍znaczenia, ‍ale ‍pozwala ‍uniknąć ‍dodatkowej ‍pracy ‍w ‍kolejnych ‍etapach. ‍W ‍przypadku ‍krawędzi ‍w ‍obrębie ‍mebla ‍pędzel ‍zawsze ‍prowadzę ‍po ‍grzbiecie, ‍w ‍obrębie ‍krawędzi ‍zewnętrznych ‍pędzel ‍wyprowadzam ‍od ‍powierzchni, ‍a ‍nie ‍do ‍powierzchni.

‍Zwykle ‍nakładam ‍pędzlem ‍około ‍5 ‍warstw, ‍zależy ‍to ‍od ‍chłonności ‍drewna. ‍W ‍przypadku ‍palisandru ‍5 ‍warstw ‍zazwyczaj ‍będzie ‍za ‍dużo, ‍a ‍w ‍przypadku ‍nadmurszałego ‍orzecha ‍może ‍być ‍za ‍mało. ‍Kryterium ‍zakończenia ‍nakładania ‍pędzlem ‍jest ‍wygląd ‍powierzchni: ‍jeśli ‍zaczyna ‍lekko ‍połyskiwać ‍i ‍kolejna ‍warstwa ‍z ‍wyraźną ‍trudnością ‍wnika ‍w ‍głąb ‍to ‍znaczy, ‍że ‍można ‍zakończyć ‍ten ‍etap. ‍W ‍przypadku ‍większości ‍mebli ‍nałożenie ‍kolejnych ‍warstw ‍przeprowadzam ‍w ‍jednym ‍ciągu, ‍czas ‍potrzebny ‍do ‍pokrycia ‍wszystkich ‍płaszczyzn ‍jest ‍wystarczający ‍do ‍podeschnięcia ‍poprzedniej ‍warstwy ‍przed ‍nałożeniem ‍kolejnej, ‍nawet ‍w ‍przypadku ‍niewielkiego ‍stolika. ‍Przerwy ‍są ‍konieczne ‍w ‍przypadku ‍małych ‍obiektów, ‍przykładowo ‍kasetki. ‍W ‍każdym ‍przypadku ‍ustalam ‍sobie ‍porządek ‍“malowania” ‍poszczególnych ‍elementów ‍danego ‍obiektu. ‍Rzecz ‍w ‍tym, ‍że ‍przy ‍pierwszej, ‍drugiej ‍warstwie ‍widać ‍różnicę ‍między ‍elementem ‍już ‍pokrytym ‍od ‍niepokrytego, ‍ale ‍przy ‍kolejnych ‍warstwach ‍ta ‍różnica ‍staje ‍się ‍coraz ‍mniej ‍widoczna. ‍Stąd ‍ścisłe ‍pilnowanie ‍kolejności ‍by ‍każdy ‍z ‍elementów ‍został ‍pokryty ‍taką ‍samą ‍liczbą ‍warstw. ‍Z ‍kolei, ‍by ‍nie ‍pominąć ‍fragmentów ‍danej ‍płaszczyzny, ‍malowanie ‍roztworem ‍szelaku ‍(zresztą ‍podobnie ‍do ‍malowania ‍jakimkolwiek ‍środkiem) ‍wykonuję ‍pod ‍światło, ‍tak ‍by ‍widzieć ‍odbicie ‍z ‍powierzchni, ‍nad ‍którą ‍pracuję. ‍Staram ‍się ‍unikać ‍zacieków, ‍chociaż ‍zacieki ‍na ‍powierzchni, ‍która ‍ma ‍być ‍wykończona ‍nie ‍są ‍specjalnie ‍groźne. ‍Bardzo ‍niepożądane ‍są ‍zacieki ‍na ‍części, ‍które ‍nie ‍powinny ‍być ‍politurowane, ‍na ‍przykład ‍boki ‍szuflady, ‍stąd ‍ważne ‍wyprowadzanie ‍pędzla ‍na ‍zewnątrz ‍malowanej ‍powierzchni.


‍Zwykle ‍bez ‍kłopotu ‍udaje ‍mi ‍się ‍położyć ‍odpowiednią ‍liczbę ‍warstw ‍w ‍ciągu ‍jednego ‍dnia, ‍no ‍chyba, ‍że ‍byłaby ‍to ‍duża ‍szafa, ‍wtedy ‍mogę ‍nie ‍zdążyć. ‍To, ‍czy ‍jest ‍już ‍dość ‍poznaję ‍po ‍tym, ‍że ‍przy ‍kolejnych ‍warstwach ‍pędzel ‍zaczyna ‍stawiać ‍opór, ‍bowiem ‍zaczyna ‍się ‍przyklejać ‍do ‍poprzedniej ‍warstwy, ‍a ‍na ‍powierzchni ‍widać ‍lekkie ‍pobłyskiwanie ‍(pod ‍światło, ‍oczywiście). ‍Wtedy ‍zostawiam ‍całość ‍w ‍spokoju ‍do ‍następnego ‍dnia ‍do ‍przeschnięcia. ‍Jeden ‍dzień ‍to ‍jest ‍minimum, ‍ale ‍też ‍nie ‍zostawiam ‍na ‍dłużej ‍niż ‍tydzień. ‍Po ‍zbyt ‍długim ‍czasie ‍dochodzi ‍do ‍znacznego ‍stwardnienia ‍nałożonego ‍szelaku ‍i ‍dalsza ‍praca ‍jest ‍wstępnie ‍trudniejsza.

‍Wypełnianie ‍porów

‍Tak ‍więc ‍korekty ‍po ‍impregnacji ‍wstępnej ‍zostały ‍zrobione ‍i ‍można ‍przystąpić ‍do ‍dalszej ‍pracy. ‍Na ‍tym ‍etapie ‍pracy ‍najważniejszy ‍jest ‍pumeks, ‍a ‍dokładnie ‍sproszkowany ‍pumeks, ‍właściwie ‍im ‍drobniejszy ‍tym ‍lepszy. ‍Proszek ‍ten ‍posłuży ‍do ‍zatarcia, ‍zapełnienia ‍porów. ‍Czynność ‍tę ‍przeprowadzam ‍za ‍pomocą ‍tamponu ‍i ‍spirytusu. ‍Mój ‍tampon ‍to ‍kawałek ‍zgremplowanej ‍wełny ‍owinięty ‍płótnem. ‍Gręplowana ‍wełna ‍okazała ‍się ‍najlepsza: ‍bardzo ‍długo ‍zachowuje ‍sprężystość, ‍całymi ‍latami ‍używam ‍jednego ‍kawałka. ‍Płótno ‍to ‍kawałek ‍starego ‍prześcieradła. ‍Sprana ‍tkanina ‍jest ‍uwolniona ‍od ‍drobnych ‍włókienek, ‍które ‍mogłyby ‍odrywać ‍się ‍i ‍przyklejać ‍do ‍powierzchni. ‍Na ‍etapie ‍pumeksu ‍używam, ‍co ‍prawda, ‍stosunkowo ‍mało ‍spranej ‍tkaniny; ‍musi ‍być ‍ona ‍dosyć ‍mocna ‍by ‍nie ‍podlegała ‍zbyt ‍szybkiemu ‍przecinaniu ‍przez ‍pumeks. ‍Używam ‍dosyć ‍małych ‍tamponów, ‍o ‍powierzchni ‍roboczej ‍mniej ‍więcej ‍3 ‍na ‍3 ‍centymetry. ‍Tampon ‍przechowuję ‍w ‍słoiku ‍by ‍nie ‍zesztywniał, ‍ale ‍nawet, ‍jeśli ‍to ‍się ‍stanie ‍(czasami ‍chwila ‍nieuwagi) ‍to ‍trochę ‍spirytusu ‍przywraca ‍tampon ‍do ‍stanu ‍używalności. ‍Za ‍pomocą ‍strzykawki ‍nasączam ‍od ‍środka ‍wełnę ‍tamponową, ‍odrobina ‍proszku ‍pumeksowego ‍na ‍zewnątrz ‍tamponu ‍i ‍można ‍zacierać ‍powierzchnię. ‍Powierzchnia ‍stawia ‍spory ‍opór, ‍muszę ‍mocno ‍naciskać. ‍Tamponem ‍wykonuję ‍głównie ‍ruchy ‍koliste, ‍stosunkowo ‍małe, ‍kilka ‍kółek ‍w ‍jednym ‍miejscu ‍i ‍przejście ‍do ‍powierzchni ‍obok ‍i ‍tak ‍dalej. ‍Spirytus ‍wyduszany ‍z ‍tamponu ‍rozpuszcza ‍wcześniej ‍nałożony ‍szelak, ‍w ‍połączeniu ‍z ‍pumeksem ‍tworzą ‍pastę ‍ścierną, ‍która ‍odrywa ‍drobniutkie ‍fragmentu ‍drewna ‍i ‍to ‍wszystko ‍razem ‍zapełnia ‍pory. ‍Powierzchnia, ‍która ‍po ‍impregnowaniu ‍była ‍lekko ‍połyskliwa ‍staje ‍się ‍zupełnie ‍matowa, ‍a ‍pory ‍powoli ‍znikają. ‍Gdy ‍jest ‍za ‍dużo ‍pumeksu ‍to ‍na ‍powierzchni ‍pojawia ‍się ‍warstewka ‍pumeksowej ‍pasty ‍ściernej. ‍Wtedy ‍przesuwam ‍wkład ‍tamponowy ‍na ‍nowe ‍miejsce ‍szmatki, ‍gdzie ‍jeszcze ‍nie ‍był ‍nakładany ‍pumeks, ‍dodaję ‍sporo ‍spirytusu ‍i ‍rozprowadzam ‍nawarstwiony ‍szelak ‍z ‍pumeksem. ‍Nie ‍udaje ‍mi ‍się ‍za ‍jednym ‍podejściem ‍zapełnić ‍wszystkie ‍pory ‍w ‍powierzchni, ‍musi ‍ona ‍podsychać. ‍Jeśli ‍zbyt ‍szybko ‍powrócić ‍do ‍już ‍pumeksowanej ‍powierzchni ‍to ‍można ‍uzyskać ‍odwrotny ‍efekt ‍od ‍zamierzonego: ‍tampon ‍może ‍wyrywać ‍wypełnienie ‍z ‍porów. ‍Inną ‍rzeczą ‍jest ‍to, ‍że ‍mieszanina ‍szlifująca ‍w ‍wyniku ‍wysychania ‍kurczy ‍się ‍i ‍pojawiają ‍się ‍wklęśnięcia. ‍Trzeba, ‍zatem ‍odczekać, ‍jeden ‍dzień ‍wystarcza. ‍Przestrzegam ‍tego ‍by ‍powierzchnia ‍była ‍cały ‍czas ‍matowa ‍(pracuję ‍oczywiście ‍pod ‍światło), ‍pojawienie ‍się ‍błysku ‍oznaczałoby, ‍że ‍odłożyła ‍się ‍warstwa ‍szelaku ‍na ‍powierzchni, ‍a ‍tymczasem ‍chodzi ‍o ‍to ‍by ‍zapełnić ‍pory, ‍wyrównać ‍powierzchnię. ‍Jeśli ‍dopuściłbym ‍do ‍nabudowywania ‍powierzchni ‍to ‍wtedy ‍wypełnienie ‍porów ‍byłoby ‍o ‍wiele ‍trudniejsze. ‍

‍Kolejna ‍sesja ‍wypełniania ‍porów ‍jest ‍analogiczna ‍do ‍poprzedniej ‍z ‍tym, ‍że ‍zaczynam ‍od ‍tamponu ‍nasączonego ‍spirytusem, ‍ale ‍bez ‍pumeksu. ‍Robię ‍tak, ‍ponieważ ‍na ‍powierzchni ‍zwykle ‍pozostaje ‍trochę ‍pumeksu, ‍nie ‍powinno ‍go ‍tam ‍być ‍i ‍trzeba ‍go ‍wdusić ‍w ‍pory, ‍lub ‍usunąć. ‍To ‍wduszanie ‍jest ‍dosłowne, ‍praca ‍z ‍pumeksem ‍wymaga ‍sporo ‍wysiłku ‍i ‍potu. ‍Konieczne ‍jest ‍także ‍porządne ‍zamocowanie ‍opracowywanego ‍elementu, ‍czasami ‍konieczne ‍jest ‍stworzenie ‍specjalnej ‍konstrukcji. ‍Przytrzymywanie ‍lewą ‍ręką ‍nie ‍wchodzi ‍w ‍grę, ‍zwykle ‍mam ‍palce ‍lewej ‍ręki ‍uwalane ‍politurą ‍co ‍się ‍dzieje ‍w ‍momencie ‍napełniania ‍tamponu ‍(przy ‍okazji, ‍prawa ‍ręka, ‍którą ‍pracuję ‍jest ‍czysta, ‍bo ‍używam ‍rękawiczki). ‍Otóż ‍ta ‍lewa ‍ręka, ‍ubrudzona ‍politurą ‍jest ‍bardzo ‍niebezpieczna ‍dla ‍politurowanej ‍powierzchni, ‍przykleja ‍się ‍i ‍zostawia ‍piękne ‍odciski ‍palców, ‍których ‍usunięcie ‍jest ‍bardzo ‍trudne. ‍Na ‍tym ‍etapie ‍nie ‍jest ‍to ‍może ‍takie ‍trudne, ‍ale ‍im ‍bliżej ‍końca ‍tym ‍bardziej ‍ryzykowne, ‍może ‍bowiem ‍oznaczać ‍konieczność ‍powtórzenia ‍części ‍już ‍wykonanej ‍pracy. ‍Niebezpieczne ‍są ‍także ‍jakieś ‍drobinki, ‍które ‍potrafią ‍pojawić ‍się ‍niewiadomo ‍skąd ‍i ‍na ‍powierzchni ‍pojawia ‍się ‍mała ‍wypukłość, ‍usuwam ‍ją ‍natychmiast, ‍zwykle ‍odcinając ‍dłutkiem ‍czy ‍nożem. ‍Czasami ‍przydatny ‍też ‍jest ‍drobnoziarnisty ‍papier ‍w ‍połączeniu ‍z ‍wodą ‍lub ‍olejem ‍(by ‍się ‍papier ‍nie ‍zatykał). ‍Kolejną ‍nieczystością ‍są ‍fragmenty ‍szmatki ‍z ‍tamponu, ‍bowiem ‍płótno ‍przeciera ‍się ‍w ‍efekcie ‍tarcia, ‍stąd ‍obserwuję ‍stan ‍szmatki ‍i ‍przesuwam ‍wkład ‍tamponowy ‍w ‍inne ‍miejsce ‍szmatki, ‍gdy ‍nie ‍ma ‍już ‍wolnych ‍miejsc ‍wymieniam ‍szmatkę. ‍

‍Wracając ‍do ‍zapełniania ‍porów, ‍jeżeli ‍ciągle ‍są ‍widoczne ‍znaczne ‍pory, ‍czy ‍też ‍drobne ‍rysy, ‍to ‍kolejna ‍mała ‍porcja ‍pumeksu ‍i ‍kontynuuję ‍zacieranie ‍tych ‍miejsc. ‍Te ‍porcje ‍pumeksu ‍są ‍naprawdę ‍bardzo ‍małe, ‍nakładam ‍je ‍palcem ‍na ‍tampon ‍(palce ‍lewej ‍ręki ‍mam ‍lepkie ‍od ‍politury ‍i ‍taką ‍drobinę ‍daje ‍się ‍łatwo ‍przenieść). ‍Nie ‍dążę ‍zwykle ‍do ‍zapełnienia ‍absolutnie ‍wszystkich ‍porów, ‍te ‍najmniejsze ‍zostają, ‍to ‍nie ‍jest ‍jeszcze ‍koniec ‍politurowania ‍i ‍one ‍zdążą ‍się ‍jeszcze ‍zapełnić. ‍Inną ‍sprawą ‍jest ‍to, ‍że ‍są ‍one ‍tak ‍małe, ‍że ‍ich ‍zapełnienie ‍pumeksem ‍nie ‍jest ‍możliwe: ‍drobiny ‍pumeksu ‍są ‍większe ‍od ‍tych ‍porów. ‍Ten ‍etap ‍także ‍kończy ‍się ‍odłożeniem ‍do ‍wyschnięcia ‍do ‍następnego ‍dnia.


‍Następuje ‍kolejne ‍sprawdzenie ‍stanu ‍zapełnienia ‍porów ‍w ‍drewnie. ‍Jeśli ‍są ‍jeszcze ‍jakieś ‍rokujące ‍nadzieję ‍na ‍zapełnienie ‍pumeksem ‍to ‍powtarzam ‍operację ‍zacierania, ‍oczywiście ‍tylko ‍lokalnie. ‍Sprawdzam ‍także, ‍czy ‍nie ‍ma ‍nawarstwień ‍masy ‍pumeksowej. ‍Na ‍tym ‍etapie ‍może ‍to ‍wyglądać ‍niegroźnie, ‍ale ‍może ‍znacznie ‍popsuć ‍końcowy ‍efekt. ‍W ‍jakiejś ‍mierze ‍zależy ‍to ‍od ‍rodzaju ‍politurowanej ‍powierzchni. ‍Jeśli ‍politurować ‍intarsjowany ‍orzechowy ‍mebel ‍to ‍te ‍nieczystości ‍będą ‍stosunkowo ‍mało ‍widoczne. ‍W ‍przypadku ‍gładkiego ‍mahoniu ‍wszelkie ‍wtręty ‍w ‍powierzchni ‍będą ‍bardzo ‍przeszkadzać. ‍By ‍upewnić ‍się ‍do ‍końca, ‍że ‍powierzchnia ‍jest ‍gotowa ‍do ‍dalszych ‍działań, ‍po ‍uznaniu, ‍że ‍pory ‍są ‍wystarczająco ‍zapełnione, ‍biorę ‍świeżą ‍szmatkę, ‍tylko ‍taka ‍dobrze ‍zbierze ‍wszystko ‍z ‍powierzchni, ‍napełniam ‍tampon ‍spirytusem ‍i ‍przecieram ‍całość. ‍

‍Warstwa ‍politury

‍Przede ‍wszystkim ‍zmieniam ‍tampon, ‍ten ‍pumeksowy ‍mógłby ‍wyrządzić ‍szkodę, ‍nawet ‍zmiana ‍szmatki ‍nie ‍uchroni ‍od ‍pojawienia ‍się ‍ziarenka ‍pumeksu, ‍które ‍może ‍zniszczyć ‍efekt. ‍Na ‍wszelki ‍wypadek ‍tampony ‍pumeksowy ‍i ‍politurowy ‍trzymam ‍w ‍osobnych ‍słoikach ‍odpowiednio ‍oznaczonych. ‍Stosuję ‍bardzo ‍słabą ‍politurę, ‍nie ‍dokonuję ‍pomiarów ‍przygotowując ‍roztwór, ‍ale ‍podejrzewam, ‍że ‍jest ‍to ‍jakieś ‍5%. ‍Roztwór ‍szelaku ‍nabieram ‍do ‍strzykawki ‍i ‍z ‍niej ‍dozuję ‍porcje ‍do ‍tamponu. ‍Te ‍porcje ‍są ‍bardzo ‍małe, ‍myślę, ‍że ‍jakieś ‍0,2 ‍– ‍0,3 ‍cm3, ‍roztwór ‍powinien ‍wychodzić ‍z ‍tamponu ‍dopiero ‍pod ‍naciskiem. ‍Tampon ‍przesuwam ‍ruchem ‍kolistym ‍przemieszanym ‍z ‍ósemkowym, ‍nie ‍ma ‍to ‍większego ‍znaczenia, ‍jest ‍to ‍dla ‍mnie ‍kwestia ‍urozmaicenia ‍sobie ‍aktywności. ‍Ma ‍natomiast ‍znaczenie ‍to ‍by ‍pracować ‍możliwie ‍rozlegle ‍na ‍politurowanej ‍powierzchni, ‍w ‍żadnym ‍wypadku ‍nie ‍koncentruję ‍się ‍na ‍jakimś ‍fragmencie ‍by ‍zrobić ‍go ‍„do ‍końca”. ‍Początkowo ‍prowadzenie ‍tamponu ‍jest ‍dosyć ‍trudne, ‍powierzchnia ‍stawia ‍opór, ‍a ‍i ‍politurę ‍cały ‍czas ‍wciskam ‍w ‍powierzchnię, ‍ona ‍powinna ‍wnikać ‍w ‍drewno, ‍a ‍nie ‍na ‍nim ‍zostawać. ‍Sygnałem ‍by ‍odłożyć ‍dany ‍element ‍do ‍przeschnięcia ‍jest ‍przyklejanie ‍się ‍tamponu ‍do ‍już ‍nałożonej ‍politury, ‍można ‍to ‍też ‍poznać ‍po ‍tym, ‍że ‍na ‍powierzchni ‍roboczej ‍tamponu ‍pojawia ‍się ‍warstewka ‍politury. ‍I ‍znowu, ‍czas ‍potrzebny ‍na ‍zajęcie ‍się ‍kolejnymi ‍elementami ‍jest ‍wystarczający ‍dla ‍przeschnięcia. ‍Zazwyczaj ‍udaje ‍mi ‍się ‍wykonać ‍3-4 ‍przebiegi ‍politurowe ‍wszystkich ‍elementów ‍w ‍jednym ‍ciągu, ‍po ‍czym ‍następuje ‍odłożenie ‍do ‍następnego ‍dnia. ‍

‍Efektem ‍wykonanych ‍do ‍tej ‍pory ‍zabiegów ‍powinna ‍być ‍lekko ‍połyskliwa ‍powierzchnia, ‍równomierna ‍na ‍całości, ‍pory ‍powinny ‍być ‍zatkane. ‍Jeśli ‍tak ‍nie ‍jest ‍to ‍nakładam ‍kolejne ‍warstwy, ‍cały ‍czas ‍dosyć ‍mocno ‍naciskam. ‍Jeśli ‍tampon ‍zbyt ‍szybko ‍zaczyna ‍się ‍kleić ‍to ‍dodaję ‍spirytusu. ‍Ruchy ‍tamponem ‍muszą ‍być ‍coraz ‍szybsze ‍i ‍nie ‍można ‍go ‍zatrzymywać ‍na ‍powierzchni. ‍Z ‍pewnością ‍przyklei ‍się ‍i ‍powstanie ‍paskudna ‍wyrwa ‍w ‍już ‍nałożonej ‍politurze. ‍Nie ‍jest ‍to, ‍co ‍prawda, ‍wielka ‍katastrofa, ‍taką ‍wyrwę ‍daje ‍się ‍łatwo ‍zasklepić ‍nakładając ‍kolejne ‍warstwy, ‍ale ‍nieprzyjemnie ‍wytrąca ‍z ‍toku ‍pracy. ‍Szelak ‍z ‍naturalną ‍zawartością ‍wosku ‍sprzyja ‍takiemu ‍sposobowi ‍pracy. ‍Wosk, ‍w ‍trakcie ‍przesychania, ‍migruje ‍do ‍powierzchni ‍i ‍w ‍efekcie ‍stanowi ‍rodzaj ‍smarowidła ‍ułatwiającego ‍nakładanie ‍kolejnych ‍warstw ‍szelaku. ‍Ten ‍wosk ‍daje ‍się ‍wyczuć ‍dłonią ‍na ‍podeschniętej ‍powierzchni. ‍Dłonią ‍daje ‍się ‍także ‍wyczuć ‍inne ‍cechy ‍politurowanej ‍powierzchni, ‍nie ‍zawsze ‍zauważalne ‍wzrokowo. ‍Stąd ‍też ‍właściwie ‍zawsze ‍przystępując ‍do ‍każdej ‍kolejnej ‍sesji ‍nakładania ‍politury, ‍sprawdzam ‍stan ‍powierzchni ‍wzrokowo ‍i ‍dłonią ‍(ręce ‍mam ‍jeszcze ‍czyste ‍i ‍suche). ‍Jeżeli ‍powierzchnia ‍wygląda ‍równomiernie, ‍jest ‍lekko ‍połyskliwa, ‍pod ‍palcami ‍nie ‍wyczuwam ‍niepokojących ‍nierówności, ‍to ‍mogę ‍przejść ‍do ‍kolejnego ‍etapu. ‍

Pozostaje ten sam tampon, taki sam roztwór szelaku i dochodzi olej. Może to być specjalny olej do politurowania, może także być olej parafinowy. Ten ostatni jest dosyć gęsty i stąd używam go w rozcieńczeniu z benzyną White Spirit w stosunku 1:1. Dosyć przyjemny jest w użyciu olejek cytrynowy, daje dobry poślizg i ładnie pachnie. Olej jest potrzebny do tego by umożliwić nałożenie kolejnych warstw politury, albowiem od tego momentu zależy mi na tym by spolerować już nałożony szelak i na powierzchni nabudować warstewkę szelakową. Olej sprawia, że nakładany roztwór w znacznie mniejszym stopniu rozpuszcza już nałożone warstwy i sam tworzy kolejną warstwę. Rozpuszczanie już nałożonych warstw musi nastąpić by doszło do sklejenia się między starą i nową warstwą, dlatego też ciągle dosyć mocno naciskam. Tampon wędruje szybkimi ruchami po jak największej powierzchni, kontakt z powierzchnią jest nawiązywany w ruchu i w ruchu jest opuszczenie powierzchni, zatrzymanie się grozi uszkodzeniem. Wykonuję ruchy koliste i ósemkowe, ale finalne pociągnięcie jest zawsze wzdłuż słoi drewna. Oliwę nakładam palcem na zewnątrz tamponu w minimalnej ilości za każdym napełnieniem tamponu roztworem szelakowym. Dwa – trzy przejścia po powierzchni i odkładam do następnego dnia. Sprawdzam stan powierzchni, po pierwszej sesji z olejem na powierzchni, ogólnie połyskliwej, widoczne są zazwyczaj jakby matowe plamy. Te matowe plamy to nie spolerowana powierzchnia, nad którą zgromadziła się oliwa. Następuje kolejna sesja szelaku na oliwie. Trudno powiedzieć ile takich sesji potrzeba, kryterium zakończenia może być efekt obserwacji zachowania tamponu w trakcie jego prowadzenia: jeśli tampon daje się prowadzić bardzo łatwo, bez żadnego oporu, jeśli pozostawia on za sobą ślad (jakby pary wodnej) jak motorówka na wodzie, ślad, który po chwili sam znika i całość powierzchni połyskuje i ma głębię to właściwie można kończyć. Jeśli polerowanie trzeba kontynuować to często zmieniam szmatki tamponowe - tylko świeża nie uszkadza powierzchni.

‍Finał

‍Uff, ‍cały ‍ten ‍proces ‍politurowania ‍jest ‍jednak ‍dosyć ‍trudny ‍i ‍pracochłonny. ‍Każda ‍powierzchnia ‍wymaga ‍dostosowania ‍stężenia ‍roztworu ‍szelaku, ‍odstępów ‍między ‍poszczególnymi ‍operacjami. ‍Szczęśliwie ‍zbliża ‍się ‍już ‍finał. ‍Można ‍przed ‍nim ‍odpocząć ‍ponieważ ‍zwykle ‍odstawiam ‍politurowany ‍obiekt ‍przynajmniej ‍na ‍tydzień ‍zanim ‍przystąpię ‍do ‍finału. ‍Chodzi ‍o ‍to ‍by ‍powierzchnia ‍ustabilizowała ‍się, ‍podeschła ‍i ‍możliwie ‍cały ‍użyty ‍olej ‍zdążył ‍wyemigrować ‍na ‍powierzchnię. ‍Bowiem ‍to ‍olej, ‍a ‍dokładnie, ‍jego ‍pozbycie ‍się ‍jest ‍głównym ‍celem ‍prac ‍finalnych. ‍

‍Podstawowym ‍sposobem ‍usunięcia ‍oleju ‍jest ‍użycie ‍tamponu ‍nasączonego ‍spirytusem. ‍Mam ‍taki ‍specjalny ‍tampon ‍do ‍tego ‍celu. ‍Jest ‍większy ‍od ‍tych ‍do ‍szelaku. ‍Dodaję ‍do ‍niego ‍odrobinę ‍spirytusu. ‍Nasączony ‍tampon ‍właściwie ‍powinien ‍wydawać ‍się ‍jakby ‍suchy: ‍dotknięcie ‍dłonią ‍daje ‍wrażenie ‍chłodu, ‍ale ‍nie ‍czuje ‍się ‍cieczy. ‍Takim ‍tamponem ‍szybko ‍i ‍delikatnie ‍przejeżdżam ‍po ‍powierzchni ‍na ‍ile ‍się ‍da ‍wzdłuż ‍kierunku ‍słoi ‍drewna. ‍Politurowana ‍powierzchnia ‍traci ‍nieco ‍na ‍krzykliwym ‍blasku ‍i ‍staje ‍się ‍sucha ‍w ‍dotyku.


‍Inny ‍sposób ‍usunięcia ‍oleju, ‍który ‍dodatkowo ‍daje ‍lekkie ‍zmatowienie ‍powierzchni ‍to ‍użycie ‍trypli ‍lub ‍wapna ‍wiedeńskiego. ‍Obydwa ‍te ‍środki ‍to ‍delikatne ‍proszki ‍ścierne. ‍Ich ‍działanie, ‍oprócz ‍efektu ‍ściernego ‍polega ‍na ‍pochłanianiu/zbieraniu ‍oleju.

‍Tryplę ‍używam ‍z ‍wodą. ‍Wilgotny ‍kawałek ‍miękkiego ‍sukna/filcu, ‍na ‍to ‍odrobina ‍trypli ‍i ‍praca ‍właściwie ‍analogiczna ‍do ‍tampony ‍spirytusowego.

‍Sposób ‍z ‍wapnem ‍wiedeńskim, ‍gdy ‍się ‍o ‍nim ‍dowiedziałem, ‍zdumiał ‍mnie ‍nieco. ‍Otóż ‍należy ‍je ‍używać ‍w ‍połączeniu ‍z ‍kwasem ‍siarkowym. ‍Kwasem ‍siarkowym ‍3-5% ‍zwilża ‍się ‍powierzchnię, ‍delikatnie ‍posypuje ‍wapnem ‍wiedeńskim ‍i ‍poleruje ‍irchą. ‍Kwas ‍siarkowy, ‍według ‍informacji ‍źródłowych, ‍utwardza ‍politurę. ‍Stosowałem ‍tę ‍technikę ‍i ‍efekty ‍były ‍bardzo ‍dobre.

‍Obydwa ‍te ‍proszki ‍ścierne ‍mają ‍pewną ‍nieprzyjemną ‍cechę. ‍Zawsze ‍jakieś ‍drobiny ‍wpadną ‍w ‍zagłębienie ‍w ‍narożniku ‍olistwowania, ‍zatrzymają ‍się ‍w ‍jakimś ‍mikrozagłębieniu. ‍Czasami ‍pędzel/szczotka ‍nie ‍pomaga ‍i ‍wtedy ‍używam ‍wilgotnej ‍szmatki ‍i ‍jest ‍po ‍kłopocie.


‍Zazwyczaj ‍staram ‍się ‍dopasować ‍politurę, ‍wrażenie, ‍jakie ‍daje, ‍do ‍typu ‍obiektu, ‍rodzaju ‍drewna, ‍z ‍którego ‍jest ‍wykonany. ‍Innej ‍politury ‍wymaga ‍dębowa ‍komoda ‍i ‍będzie ‍fatalnie ‍wyglądać ‍w ‍takiej ‍politurze, ‍jakiej ‍wymaga ‍komoda ‍mahoniowa. ‍Ważne ‍jest ‍też ‍wzięcie ‍pod ‍uwagę ‍tego, ‍że ‍jak ‍wynika ‍z ‍moich ‍obserwacji, ‍dopiero ‍po ‍około ‍roku ‍powierzchnia ‍zaczyna ‍wyglądać ‍normalnie ‍(tzn. ‍tak, ‍jak ‍by ‍się ‍chciało). ‍Stąd ‍często ‍jakby ‍nadmiernie ‍polituruję ‍bo, ‍gdybym ‍teraz ‍zrobił ‍cienką ‍warstwę ‍politury, ‍to ‍za ‍rok ‍dany ‍przedmiot ‍mógłby ‍wyglądać ‍tak, ‍jakby ‍nie ‍był ‍politurowany.

Politurowanie załomków

W powyższym opisie abstrahowałem od bryły mebla i komplikacji, jakie z niej wynikają dla politurowania. Powodem jest to, że istota klasycznej metody zasadza się na ruchu tamponu, którym już to nakłada się politurę, już to się ją poleruje. Bardzo trudno jest wykonać ruch tamponu w zagłębieniach wzdłuż połączeń elementów, jedno z miejsc, które najbardziej nie lubię politurować to noga krzesła tuż przy cardze. Istota trudności polega na tym, że tampon, który nie jest w ruchu przykleja się do istniejącej już warstwy politury i powstaje brzydki, szorstki ślad. Wtedy stosuję roztwór szelaku o niskim stężeniu. Taki roztwór ma mniejszą tendencję do klejenia się i powierzchnia daje się polerować. Robię też dłuższe przerwy między poszczególnymi sesjami politurowania, jeśli politura jest bardziej wyschnięta, to jest mniej podatna na klejenie się. A jeśli już dojdzie do zniszczenia powierzchni (chropowatość) to szlifuję ją za pomocą proszku pumeksowego: na kawałek twardej wykładziny podłogowej daję odrobinę oleju (tyle by się pumeks przykleił) i szlifuję. Czasami używam też do tego celu drobnego papieru ściernego (600) z kroplą oliwy, ale jest to mniej wygodne, ponieważ papier łatwo się zatyka.

Korekty koloru

Zdarza się, że konieczna jest korekta koloru wykończenia mebla. Tradycyjnie takie zabiegi były wykonywane w celu imitowania szlachetnych gatunków drewna przez tanie gatunki. Często spotykanym przypadkiem jest mebel wykonany z drewna brzozowego, którego wykończenie imituje mahoń. W dziewiętnastowiecznych (a także późniejszych) poradnikach stolarskich jest podawanych wiele receptur na dobór barwników i drewien w celach imitacyjnych. W innych przypadkach barwienie służyło lepszemu wyeksponowaniu rysunku drewna, przykładowo, dosyć mdłe drewno topoli wykończone lekko pomarańczowo-czerwoną politurą prezentuje się o wiele lepiej niż wykończone bezbarwnie. Innym powodem podbarwiania było uzyskiwanie wspólnej tonacji mebla w celu ujednolicenia koloru różnych fragmentów drewna użytych do wykonania mebla.

‍Komoda ‍na ‍zdjęciu ‍z ‍lewej ‍zanim ‍trafiła ‍do ‍mnie ‍była ‍już ‍remontowana. ‍Uzupełniono ‍fornir ‍na ‍frontach ‍obu ‍szuflad, ‍widoczna ‍jest ‍prosta ‍linia ‍łączenia ‍poprowadzona ‍ukośnie ‍(gdyby ‍linia ‍łączenia ‍była ‍falista ‍to ‍uzupełnienie ‍byłoby ‍mniej ‍widoczne). ‍Dobrano ‍bardzo ‍dobry ‍fornir, ‍ale, ‍niestety, ‍do ‍wykończenia ‍uzupełnień ‍użyto ‍nie ‍barwionej ‍politury ‍i ‍całe ‍uzupełnienie ‍bardzo ‍rzuca ‍się ‍w ‍oczy, ‍ponieważ, ‍szczęśliwie, ‍na ‍pozostałej ‍powierzchni ‍pozostała ‍oryginalna, ‍podbarwiona ‍politura. ‍W ‍ramach ‍mojej ‍pracy ‍nad ‍tą ‍komodą ‍wykończenie ‍zrobiłem ‍podbarwioną ‍politurą, ‍efekt ‍widoczny ‍na ‍zdjęciu ‍z ‍prawej.

Nie jestem zwolennikiem barwienia drewna powierzchni mebla, o wiele bardziej cenię sobie barwienie politury, którą robię wykończenie. Jest to bezpieczniejsze dla konserwowanego obiektu (nie narusza struktury), a ja mogę korygować kolor bezpiecznie, jeśli coś się nie uda to wystarczy tylko usunąć nałożoną politurę. Postępuję następująco: gruntuję powierzchnię normalną politurą, a resztę wykończenia politurą podbarwioną. Do barwienia używam bejc spirytusowych, pigmentów do lakierów. Dodaję bardzo małe ilości suchej bejcy (czy też ewentualnie roztworu spirytusowego) i odstawiam na dwie-trzy godziny, zauważyłem, bowiem, że barwnik musi przereagować (przegryźć się??) z szelakiem, w każdym razie kolor podbarwionej politury po tym czasie jest ciemniejszy od tego, który jest po 15 minutach. Używam niskich stężeń barwnika: kilkadziesiąt warstw politury może dosyć łatwo dać zdumiewająco ciemny mebel, a łatwo można się oszukać, bowiem ma się wrażenie, że w ogóle nie widać efektu barwnika w czasie nakładania politury. Kilka razy zdejmowałem już prawie wykończoną politurę i jestem dosyć ostrożny.  

‍Mocowanie

‍W ‍powyższym ‍opisie ‍kilka ‍razy ‍zwracałem ‍uwagę ‍na ‍nacisk ‍konieczny ‍w ‍trakcie ‍politurowania, ‍a ‍jest ‍on ‍połączony ‍z ‍ruchem ‍tamponu ‍i ‍może ‍z ‍łatwością ‍wprawić ‍cały ‍politurowany ‍przedmiot ‍w ‍ruch. ‍Stąd ‍często ‍konieczne ‍jest ‍mocowanie ‍politurowanego ‍elementu.

‍Politurowanie ‍małych ‍elementów ‍jest ‍szczególnie ‍kłopotliwe. ‍Jest ‍to ‍może ‍paradoks, ‍ale ‍najłatwiej ‍jest ‍zapoliturować ‍blat ‍stołu. ‍Małe ‍pudełeczko, ‍na ‍przykład ‍wielkości ‍pudełka ‍od ‍zapałek, ‍to ‍prawdziwa ‍gimnastyka ‍politurnicza. ‍Właściwie ‍zawsze ‍wykonuję ‍wtedy ‍różnego ‍rodzaju ‍specjalne ‍mocowania.

‍Podstawowe ‍rozwiązanie ‍jest ‍oparte ‍na ‍użyciu ‍dwustronnej ‍taśmy ‍klejącej. ‍Te ‍płytki ‍udało ‍mi ‍się ‍zapoliturować, ‍łącznie ‍z ‍krawędziami, ‍tylko ‍dlatego, ‍że ‍przykleiłem ‍je ‍do ‍trochę ‍mniejszych ‍klocków.

‍Politurowanie ‍nóg ‍jest ‍najwygodniejsze, ‍jeśli ‍są ‍one ‍luzem, ‍tyle, ‍że ‍trzeba ‍sobie ‍poradzić ‍z ‍ich ‍mocowaniem. ‍Dodatkowo ‍pojawia ‍się ‍jeszcze ‍jeden ‍problem: ‍zachowanie ‍politury ‍na ‍krawędzi ‍jest ‍dosyć ‍zdradzieckie, ‍z ‍jednej ‍strony ‍ma ‍tendencję ‍do ‍nadmiernego ‍gromadzenia ‍się, ‍a, ‍z ‍drugiej, ‍łatwo ‍jest ‍to ‍miejsce ‍przetrzeć ‍i, ‍w ‍efekcie, ‍politury ‍będzie ‍za ‍mało. ‍Moim ‍sposobem ‍na ‍uniknięcie ‍tych ‍problemów ‍jest ‍politurowanie ‍wszystkich ‍płaszczyzn ‍nogi ‍w ‍jednej ‍sesji, ‍za ‍jednym ‍zamachem. ‍Kiedyś, ‍politurując ‍kilka ‍nóg, ‍ułatwiłem ‍sobie ‍pracę ‍dzięki ‍wykonaniu ‍prostego ‍systemu ‍mocowania ‍opartego ‍nieco ‍na ‍zasadzie ‍tokarki. ‍W ‍górnym ‍czole ‍nogi ‍nawiercałem ‍otworek, ‍w ‍który ‍wchodził ‍gwóźdź, ‍to ‍było ‍mocowanie ‍jednej ‍strony ‍nogi. ‍Drugi ‍koniec ‍nogi ‍opierał ‍się ‍na ‍podpórce ‍i ‍był ‍tak ‍zablokowany ‍klockiem ‍oporowym, ‍że ‍noga ‍nie ‍mogła ‍przesuwać ‍się ‍wzdłuż ‍swej ‍osi ‍podłużnej. ‍Politurowaną ‍nogę ‍mogłem ‍obracać ‍i ‍w ‍jednej ‍sesji ‍politurowałem ‍wszystkie ‍płaszczyzny ‍nogi.

© Copyright Zbigniew Roman