Politura szelakowa 

bez tamponu

Zdarzają się przypadki, gdy klasyczna tamponowa metoda wykończenia politurą nie jest możliwa do zastosowania bądź niezmiernie trudna. Skrzynka zegara stołowego jest przykładem obiektu, który nie da się tak zapoliturować, nie uda się dotrzeć z tamponem we wszystkie możliwe załomki. W tych przypadkach, jak sądzę, rozwiązaniem jest politura szelakowa nanoszona pędzlem i polerowana pumeksem.

Roztwór szelaku przygotowuję tak, jak dla politurowania tamponem, także naniesienie pierwszych warstw wykonuję analogicznie. Różnice pojawiają się w kolejnych etapach. Podstawowy problem to zatarcie porów. Stosuję pumeks, tyle, że wcierany za pomocą kawałka filcu, który jest sztywny i dosyć odporny na ścieranie. Napisałem wcieranie, a może raczej należało napisać szlifowanie, bowiem do tego sprowadza się ta część pracy i kolejne analogiczne. We wstępnych fazach staram się zeszlifować to, co jest na powierzchni drewna i by zostało to, co już weszło między włókna drewna i w pory. Staram się bardzo na to uważać. Zbyt mocne szlifowanie może powodować otwieranie się nowych porów, z tego powodu nie stosuję przy tej pracy papierów ściernych (nawet najdrobniejszych). Szlifowania pumeksem nie da się robić na sucho, trzeba zastosować jakieś medium. Wypróbowałem dwie możliwości: olej i wodę. Woda sprawia, że efekt szlifowania jest większy. Problem z olejem polega na tym, że po szlifowaniu trzeba usunąć pozostały na powierzchni olej, ponieważ jego obecność utrudni/uniemożliwi przyklejenie się kolejnych warstw szelaku. 

Na zdjęciu przykład nieudanej technologii politurowania pędzlem. Politurowanie krzeseł jest bardzo pracochłonne i trudne do wykonania. Skomplikowana bryła, wiele trudno dostępnych załomków i dlatego podejmowałem próby ułatwienia sobie pracy. Nic z tego. Krzesło wyglądało przez jakiś czas nawet nieźle, ale, mniej więcej po dwu latach, zaczęły się pojawiać odpryski politury i rozwarstwienia (szczęśliwie jest to moje krzesło). Być może powodem był olej, którego używałem do polerowania pumeksem. Nawet jeśli  nie, to jest to podstawowy problem z nakładaniem politury pędzlem: trudności sklejania się ze sobą kolejnych warstw szelaku. Technika, którą zacząłem stosować by rozwiązać ten problem, polega na nakładaniu roztworu szelaku pędzlem tak, by imitować pracę tamponem. Używam dosyć słabego roztworu, dociskam mocno pędzel ze sztywnym włosiem i pracuję nim na granicy przyklejenia do poprzedniej warstwy. Powstaje może nie najładniejsza powierzchnia, ale i tak będzie szlifowana.

Właściwie jedynym przypadkiem, gdy całość wykończenia realizuję tą technologią wykańczania to skrzynki zegarowe. Chociaż także przy okazji innych obiektów pojawia mi się potrzeba sięgnięcia po ten sposób. Przykładem są elementy snycerskie czy też skomplikowane olistwowania, które oryginalnie były zapewne wykańczanie przed pocięciem i zamocowaniem na meblu.

Zdarzają się listwy wykańczane na czarno, w intencji ma to zwykle imitować heban. Należy zatem uzyskać czarną powierzchnię o głębokim, matowym tonie. Roztwór szelaku barwię za pomocą czarnej bejcy, dodając jej tyle by właściwie uzyskać roztwór nasycony. Barwiony szelak nakładam pędzlem. Gdy już nabuduje się odpowiednia warstwa (rzędu 8-10 pokryć) szlifuję sproszkowanym pumeksem z wodą na kawałku wykładziny. Na zdjęciu olistwowanie z lewej strony po szlifowaniu, a z prawej przed. Po szlifowaniu i dokładnym wytarciu szmatką (by usunąć pozostałości po szlifowaniu) nakładam kolejne warstwy szelaku i znowu szlifuję pumeksem z wodą. Zwykle po drugim szlifowaniu powierzchnia jest już równa (jeśli nie, to jeszcze jedna sesja nakładania szelaku) i wtedy wykonuję dodatkowe końcowe szlifowanie także pumeksem i tryplą tyle, że tym razem z olejem parafinowym. Dzięki olejowi uzyskuję powierzchnię gładką i o głębokiej czerni. Nadmiar oleju na sam koniec usuwam benzyną lakową.

Wykończenie skrzynek zegarowych także w wielu przypadkach jest kryjące. Typowe dla skrzynek osiemnastowiecznych zegarów stołowych jest pozornie czarne wykończenie. Pozornie, bowiem, jak się kiedyś dokładniej przyjrzałem, to się okazało, że jest to bardzo ciemny brąz. Ta czerń z brązowego barwnika ma tę zaletę, że daje wrażenie ciepłej w przeciwieństwie do zimnej czerni z zazwyczaj stosowanego barwnika niebieskiego. By go uzyskać barwię roztwór szelaku bejcą orzechową Noce antico doprowadzając do roztworu nasyconego. Dalej stosuję procedurę taką jak dla politury czarnej. Z tym, że gdy powierzchnia czerni jest skończona to nakładam kilka warstw niebarwionego roztworu szelaku. Wynika to z tego, że szelak z tak dużą ilością barwnika nie daje się dobrze polerować, a skrzynka ma ładnie pobłyskiwać.

Aktualizacja grudzień 2023 roku.

Kilka lat temu wpadł mi w ręce prawie dwustuletni Dziennik Wileński, gdzie jest rozdział o robieniu lakierów. Próbowałem skorzystać z zamieszczonych tam przepisów, ale efekty nie były zachwycające. Niemniej potrzeba dobrego wykończenia obiektów niemożliwych do wypoliturowania za pomocą tamponu powracała co i raz. 


Jakieś dwa lata temu podjąłem kolejne próby, tym razem z nieco większą determinacją  i ich efekt wszedł do stałego repertuaru moich technik wykończeniowych.


Dla rozróżnienia warto jednak ograniczyć znaczenie terminu politura/politurowanie/politurowany do techniki wykończeniowej z zastosowaniem tamponu, a bez tamponu to po prostu lakierowanie. Bywa także używany termin werniksowanie (nikt nie powie, że obraz był lakierowany), ale w przypadku mebli to jest rzadkość.

Taką definicję lakieru podaje Pan M. Ławnicki w owym Kalendarzu Wileńskim w części zatytułowanej O robieniu lakierów.


Przytaczam w oryginalnej postaci, bo urok języka polskiego sprzed dwustu lat jest po prostu ujmujący.

“Pod nazwiskiem lakieru, rozumiemy rozczyn żywicy w takim płynie, który po wyparowaniu zostawuje po sobie istotę nasyconą, w postaci warsty cieńkiey, równey, przeźroczystey, błyszczacey i mniey lub więcey twardey.

Następujące więc trzy charaktery, to jest: glans, przezroczystość i trwałość, sta­nowią doskonałość lakieru. Ten ostatni charakter, t. j. trwałość, naytrudniey jest nadać lakierowi.”

 Pan M.Ławnicki podał przepisy na lakiery sporządzane na bazie różnych rozpuszczalników, mnie interesowały jedynie te oparte na alkoholu. Z przyzwyczajenia a też żeby się zbytnio nie rozdrabniać, kolejnym ograniczeniem było użycie szelaku w składzie lakieru. Nie ograniczyłem się jednak do przepisów podanych w Kalendarzu Wileńskim. Przeprowadziłem trochę poszukiwań, porównań dostępnych receptur, kilka prób i zatrzymałem się na takiej oto recepturze/procedurze.

Gumilaka (gummilaka, gummi-lakka), występuje w dziewiętnstowiecznych  polskich tekstach o robieniu lakierów. Trochę przeczuwałem, że chodzi o materiał z kręgu szelaku. Dla pewności przeszukałem zasoby internetowe.

słownik języka polskiego, Wilno, 1861, źródło

W Gazecie Przemysłowo-Rzemieślniczej zawarte jest krytyczne sformułowanie: “Z gummilaki otrzymuje się szellak”, a więc gumilaka to nieprzetworzony materiał . Potwierdza to hasło Gummilack w Wikipedii. Nie  ma wersji polskiej tego hasła, ale wersja angielska daje odpowiedź, chodzi o “seedlack”, czyli o ów twór owadzio-roślinny powstający na gałązkach drzew, który został tylko wstępnie oczyszczony (ma nadal 3-5% zanieczyszczeń) z fragmentów owadów i rośliny. Polskim odpowiednikiem terminu seedlack jest szelak ziarnisty


Tak więc, gumilaka to szelak ziarnisty. To było używane jako składnik lakierów w XIX wieku i wcześniej, i, jak zauważyłem po przeglądzie współczesnych materiałów anglojęzycznych, także współcześnie jest najczęstszym wyborem. Uzasadniane jest to tym, że gumilaka (wolę tę nazwę od szelaku ziarnistego) jest najmniej przetworzonym materiałem i zawiera wosk, który pełni istotną rolę plastyfikatora lakieru.

Zaletą żywicy sandarak jest twardość/trwałość/połyskliwość  tworzonej powłoki, ale towarzyszy temu  istotna wada, jest krucha i powierzchnia ma tendencję do pękania (krakelura). 


Celem jej użycia w tym przepisie jest zrównoważenie składników miękkich.

Żywica mastyks jest użyta ponieważ daje elastyczność powłoki lakieru i wspomaga sklejanie się kolejnych warstw lakieru.

Olejek lawendowy jest dodany w celu lepszego rozpływania się nanoszonego lakieru co, w efekcie, daje gładką powierzchnię.


Zalecany jest “lavender spike oil”, czyli olejek z lawendy latifolia.

Wyskok, taki zaskakujący termin pojawia się w polskich dziewiętnastowiecznych recepturach na lakiery. A jest to alkohol (przynajmniej wiadomo dlaczego mówi się o “napojach wyskokowych”).


Współcześnie ów wyskok, używany do robienia lakieru, nazywa się “rozpuszczalnik do szelaku” i zdecydowanie nie należy używać innego. Ten rozpuszczalnik ma bardzo wysoką zawartość alkoholu i jest bezwodny, co gwarantuje dobre rozpuszczenie żywic.

słownik języka polskiego, Wilno, 1861, źródło

Oddam głos Panu M. Ławnickiemu:

Dodam tylko, że nie powinien to być pył szklany.


“Ten doda­tek zdaje się na pozór bydź dziwnym, sku­tek wszakże jest dobry. Szkło potłuczo­ne i zmieszane z żywicami na proszek utartemi, rozdziela ich cząstki; tę własność równie posiada wtenczas, kiedy żywice jeszcze nie są zmieszane z wyskokiem, jak i wtedy, gdy w wyskoku postawione są na ogniu. Tym sposobem zapobiega się dwóm nieprzyzwoitościom, które często przyczyniają wiele pracy dla fabrykantów robiących lakiery: naprzód rozdzielając cząstki żywic, wyskok łatwiey na nie dzia­ła i rozpuszcza; a powtóre szkło będąc cięższe od żywic, nie dozwala im osiadać na dnie retorty i do niey przylegać.”



“O cedzeniu lakieru przez bawełnę.

Lakier cedzi się za pomocą kilku leyków, z których każdy stosuje się nad swo­im przyjemnikiem. Na dnie każdego leyka kładzie się mały kłębuszek przędzy bawełnianey, gruby około 5 centymetrów; ten kłębuszek wpycha się do szyyki leyka, aby nici szczelnie leżały na nim, kła­dzie się mały krążek ołowiany podziura­wiony ; to wszystko gdy się tak urządzi, napełniają się leyki lakierem, przykrywa .się naczynie nakrywką szklanną lub kilku arkuszami papieru. Z początku póki bawełna dostatecznie się nie napoi, przecho­dzi lakier nie zupełnie czysty, ten więc wlewa się na nowo do lejek, i daley cedzi; płyn przechodzący będzie już nayczystszym lakierem, który zlewa się do butelek.

Cedzenie odbywa się prędko, i jest koniecznie potrzebnem do każdego dobre­go lakieru. Należy tylko pamiętać, aby leyki były pełne, a nadewszystko aby ba­wełna zawsze była doskonale pokryta pły­nem; inaczey zaś pokryje się suchą powłoką lakieru, przez którą płyn nie przeydzie.

Po przecedzeniu należy wszystkie na­czynia obmyć w wyskoku, który zlewa się do osobnego naczynia i konserwuje dla powtórnego robienia lakieru.”

Na wstępie mielę gumilakę, sandarak i mastyks w starym młynku do kawy. Zmielone żywice łatwiej i szybciej się rozpuszczą.


Lakier sporządzam w zakręcanym słoiku szklanym (dzięki temu widać, co się tam dzieje wewnątrz). Do słoika wlewany jest rozpuszczalnik i wsypywane/wlane wszystkie składniki. Słoik zakręcam by rozpuszczalnik nie ulatniał się i nie absorbował wody.


Już następnego dnia roztwór przybiera przyjemny, ciemnomiodowy kolor i na dnie widoczne są osady. Wstrząsanie słoikiem pomaga rozpuszczaniu.


By doprowadzić do całkowitego rozpuszczenia konieczne jest zagotowanie roztworu w łaźni wodnej. Gotowanie powinno trwać jakieś 10-15 minut. Rozpuszczalnik wrze w temperaturze ok. 80 stopni więc nie ma konieczności by woda wrzała. Na czas gotowania nieco luzuję zakrętkę słoika ze względu na niebezpieczeństwo eksplozji, ale w żadnym razie nie rezygnuję z zakrętki, gdyż gorący rozpuszczalnik szczególnie chłonie wodę, no i paruje. Przy pierwszych próbach z tym lakierem byłem zdziwiony, że po gotowaniu konsystencją bardziej przypominał rzadką pastę niż lakier. Pomyślałem, no cóż, przecież jest to około 30% roztwór żywic i dodałem rozpuszczalnika. Drążąc dalej literaturę o lakierach natrafiłem na zalecenie by lakier gotować dwukrotnie i tu się okazało, że lakier wyraźnie rzednieje. Nadal jest dosyć gęsty, ale już nie tak bardzo. Stąd stosuję dwukrotne gotowanie lakieru, z tym, że drugie gotowanie jest po całkowitym ostygnięciu.


Gdy widać, że żywice rozpuściły się (w roztworze będzie sporo “śmieci”, szczególnie z gumilaki) można przystąpić do ostatniego etapu, to jest oczyszczenia roztworu. Roztwór powinien być gorący, zimny będzie niepodatny filtrowaniu. Proces cedzenia ładnie opisał Pan M. Ławnicki:


Finalnie otrzymany lakier może okazać się za gęsty po ostygnięciu, zawsze można rozrzedzić dolewając rozpuszczalnika. Można też zabarwić barwnikiem spirytusowym


Lakier nakładam pędzlem. Po różnych próbach najprzydatniejszym dla mnie okazał się płaski pędzel nylonowy, pozwala dobrze sterować nakładaniem lakieru. Lakier bardzo ładnie rozpływa się i tworzy równą powierzchnię. W niektórych przepisach zalecane jest używanie podgrzanego lakieru i lakierowanie podgrzanego lakierowanego obiektu. W takim przypadku lakier lepiej się rozpływa i wnika. Podgrzanie jest konieczne w razie lakierowania metalu.


Lakier jest użyteczny w szerokim zakresie zastosowań wykończeniowych: drewno, metal, papier, skóra to przykłady najbardziej oczywiste. Najczęściej będzie to zapewne drewno i procedura postępowania jest podobna do tej opisanej powyżej w tej części. A więc kolejne sesje nakładania kilku warstw lakieru przeplatane szlifowaniem. Ważny jest czas między sesjami, który powinien pozwolić na właściwe wyschnięcie lakieru. Szczególnie po pierwszej sesji, gdy używam dosyć gęstego lakieru, schnięcie przez tydzień uważam za godne polecenia.


W przypadku metalu i innych nienasiąkliwych materiałów stosuję rzadki lakier i tylko jedną warstwę.

2005                    2024


©Copyright Zbigniew Roman, kontakt